zupka blog

    Nas troje czyli zgnilizna moralna

    Wpisy z okresu: 3.2005

    w związku z niekorzystnym splotem różnych okoliczności łagodzących poszłam do psychologa.
    a jak. powiedziałam se, idź na całość, i poszłam w pierwszym wolnym terminie.
    i wiecie, co mi ta psycholog, głupia baba, powiedziała ?
    że tsunami w Azji, głód w Etiopii i huragan na Florydzie to… NIE MOJA WINA.

    no jak w twarz, porąbało kobitę, no JA WAM MÓWIĘ, no porąbało ! kolejna szarlataneria pod płaszczykiem wiedzy medycznej !
    jak NIE MOJA, jak MOJA ??? no przecież WSZYSCY o tym wiedzą !!!

    się nie zna baba zupełnie. ech. no. ten. tego. no.
    o.

    sto lat temu co trzecia Europejka dożywała pięćdziesiatki, dziś dwie trzecie dożywa 80 urodzin

    czy Was to NIE PRZERAŻA ?

    ponieważ ciągle nie mogę zasnąć o dwunastej, która tak naprawdę, powiem Wam w tajemnicy, jest JEDENASTĄ i wstać o wpół do ósmej, które to, tak naprawdę jest wpół do siódmej, ciągle chodzę niedospana.
    i z tego niedospania mam chyba normalnie jakieś halucynacje. bo na ten przykład, tuż przed świętami uwidziało mi się na srebrną bluzeczkę. ale wiecie, nie byle jaką srebrną bluzeczkę. srebrna bluzeczka musi być taka raczej jasnopopielata, z jedwabnej dzianinki, taka lejąca się, taki bardziej sweterek, w serek. z NORMALNYM długim rękawem, nie takim, co się kończy kurna tuż za łokciem i mi potem ręki marzną i włoski dęba stają. nie, takie nie mogą być. mają być NORMALNE. no.
    bo wiecie, jak nie będę miała takiej bluzki, to normalnie NIE BĘDĘ MIAŁA SIĘ W CO UBRAĆ. no bo jak tu się mam ubrać w te metry koszul wiszących w garderobie albo te stosy bluzek leżących na półce, no jak, kiedy tam przecież NIE MA NIC ODPOWIEDNIEGO ? jak założyć na tyłek któreś z tych rozlicznych spódnic czy spodni, kiedy NIE MAM SREBRNEJ BLUZKI ???
    normalnie bessensu.
    brak srebrnej bluzki mnie męczy i prześladuje, spać nie daje, i apetyt odbiera (to ostatnie to akurat całkiem przyjemny efekt uboczny), a końca mej mordęgi nie widać. sklepy nie przewidziały srebrnego w swej wiosennej ofercie.

    normalnie czuję się dyskryminowana, i złożę zażalenie do rzecznika praw obywatelskich.

    eeech… święta święta i po świętach ! westchnęła zupa rozbierając choinkę

    moje życie jest bessensu.
    nikt mnie nie koffa.
    jedyny Prawdziwy Mężczyzna spotkany ostatniemi czasy pole rażenia ma ograniczone (coś tam się odgraża, ale wiecie jak to jest z facetami. ech)
    prawowity zabrał mi samochód.
    idę dziś na fitness, a WCALE ALE TO WCALE mi się nie chce.
    i w dodatku – ZNOWU NIE WYGRAŁAM tych grubych milionów w totka.
    ja naprawdę NIE WIEM, co oni sobie wyobrażają, NAPRAWDĘ nie wiem. przecież umowa była jasna – 11 milionów idzie do zupy. no umawialiśmy się, no.
    a oni mi tu TAKI NUMER.
    znowu jakieś ZUPEŁNIE PRZYPADKOWE SPOŁECZEŃSTWO wygrało moją kasę.

    zupełnie bessensu. no.

    pojechać na basen.
    samochodem.
    700 metrów.

    zupa potrafi.

    nie chciałabym tak „żyć”.
    wolałabym, żeby mnie odłączono od aparatury podtrzymującej.
    ale… nie chciałabym umrzeć z głodu.

    czasami pomaga tylko jazda 150km/h trasą łazienkowską z głośnikami na full.
    potem długo nie mogę zasnąć, sen przychodzi dopiero po odpowiedniej pigule, chyba będzie trzeba zwiększyć dawkę, ale za to śnią mi się samochody, sztuk cztery.
    wyskakujące w powietrze i wpadające do wody. i akcja ratunkowa, panika i frustracja, ja na motorówce.
    budzę się jeszcze bardziej zmęczona.

    chcę zostac krawcową.

    wykonawszy sześć butelek wina w cztery osoby (brunetka, ruda i blondyna oraz Prawdziwy Mężczyzna) zupa fałszywie pewnym krokiem, z poświęceniem koordynując ruchy odnóży wszelakich i udając, że wcale sobie nie złamie nogi za chwilę na tych piiiiiśliskch schodach i piiiiiiiiiwysokich obcasach, niestarannie podrywając Prawdziwego Mężczyznę udała się na spotkanie z przygodą.
    ahoj, przygodo, zakrzyknęła.
    osz qrva mać, z przyzwyczajenia odpowiedziało echo.
    W obliczu tak tragicznego splotu wydarzeń, ruszyła zupa do białej karocy, która powiozła ją w czarny zmierzchu mrok…
    taka SAMA SAMIUTEŃKA ruszyła, NIKOGO przy niej nie było, i była smutna i zdołowana, bo taka była SAMA SAMIUTEŃKA i NIKOGO koło niej nie było, i SAMA SAMIUTEŃKA z białej karocy w mrok ja unoszącej słała do koleżanki zamyślonej tęskne esemesy, lecz próżno odpowiedzi oczekiwała.
    ciągle nie było NIKOGO.
    W tak niesprzyjających okolicznościach pozostało zupie li i jedynie udać się na spoczynek. Przerażona tą wizją chwiejnym krokiem (wszak nie było NIKOGO) udała się do szczynszyloroomu. Dziwnym trafem udało jej się nie spowodować żadnych strat wśród mieszkańców tegoż pomieszczenia. Po dwudziestu minutach z szczynszylem na głowie stwierdziła jednakowoż, że może by tak jednak gdzieś, i udała się pod prysznic. Po dwudziestu minutach starła jezioro z podłogi (no bosH, zdarza się, nie dosunąć zasłonki, nieee ?), skremowała się dzielnie, zeżarła, co tam przed snem żreć ma zwyczaj, i na wyro opadła.
    Nie, jeśli myślicie, że to koniec, to się przeliczyliście.
    Jeszcze tylko kilka pijackich esemesów (aczkolwiek zupa wyraża wysoki poziom samozadowolenia z powodu nienapisania ANI JEDNEGO esemesa do pięknego). I lulu.
    Oj nie, jakie lulu. DOKOŃCZYMY KSIĄŻKĘ.
    Kiedy już o czwartej nad ranem książka była skończona, a koniec wybitnie nie przypadł zupie do gustu, stwierdziła zupa, że to niemożliwe, żeby się ta książka tak właśnie kończyła i co zrobiła, no ? no co ?
    No oczywiście – przeczytała końcówkę jeszcze raz !
    I ciągle nie była z niej zadowolona. Jadziem z tym koksem, pomyślała se trzeźwo.
    Jeszcze raz. A nuż w międzyczasie SIĘ ZMIENI ???
    I wiecie co…? NIE ZMIENIŁ SIĘ.
    W ogóle nie można liczyć na te książki. W OGÓLE.

    uwielbiem emocjonalno-egzystenconajlne rozdrapy.


    • RSS