zupka blog

    Nas troje czyli zgnilizna moralna

    Wpisy z okresu: 1.2005

    nie pamiętam, kto to powiedział, ktoś natomiast ostatnio przypomniał mi to blogowo (a, już wiem ! kolega prawy prosty !), i do sytuacji pasuje mi jak ulał.
    weźmy na przykład taką A..
    wiecznie uśmiechnięta (czasami mówię, że zachowuje się, jakby się amfy naćpała) – tak z natury, miła, sympatyczna, nieba człowiekowi przychyli. mówi bez irytujących podtekstów, prosto i zazwyczaj serdecznie. prawie wszystkich lubi, a ci, których nie lubi – zazwyczaj ciężko sobie na to zapracowali. energiczna, inteligentna, językami włada, szkoły pokończyła rozliczne, firmę własną usiłuje rozkręcić, co nawet nieźle jej idzie, konsekwentna, pracowita… a przy tym wszystkim – może nie miss świata, ale całkiem niezła laska, może się podobać, ma własny super styl ubierania, potrafi tak zestawić ciuchy i dodać taką biżuteryjną pierdółkę, że wszystko nabiera dodatkowego blasku.
    no do cholery. nawet ubzdryngala się NA SYMPATYCZNIE !!!
    a teraz jeszcze wyszła na bohatera i w telewizorni ją pokazują. nosz qrva mać. jak tu się z takim p[....] idełałem KOLEGOWAĆ ??? i już nawet nie mówię o PRZYJAŹNIENIU…

    (po mojemu, to tacy ludzie nie mają prawa chodzić po tym globie, i ja w tym węszę jakiś podstęp. )

    najlepszym momentem dnia jest chyba ta chwila, w której, po powrocie z 10 – 12 godzinnego pobytu w robocie, zrąbana, otwieram szczynszyloklatkę i siadam na podłodze, oparta plecami o kanapę. a Róź, po sprincie na pięć metrów z przeszkodami, przychodzi do mnie i siada mi na ramieniu. a ja
    opieram policzek o jego puszysty kuperek i przysypiając chłonę jego spokój, ufność i poczucie bezpieczeństwa.

    odpoczywa.jpg

    o

    4 komentarzy

    oto powróconam, po trzech dniach nieustającej imprezy.
    chyba poproszę o dodatek za pracę w szkodliwych warunkach, przyrzekam.

    nareszcie odnajduję swe właściwe oblicze, wracam do siebie, możnaby rzec :

    wczoraj, na ten najprzykładniejszy przykład, nie zdążyłam na fitness, więc POSZŁAM DO FRYZJERA. (każdy pretekst jest dobry – jak za dawnych dobrych czasów : sznurówka mi się rozwiązała – trzeba iść do fryzjera. deszcz pada – trzeba iść do fryzjera. świeci słońce – trzeba iść do fryzjera. ochlapałam się wodą z kałuży – trzeba iść do fryzjera. nie zdążyłam na fitness – ….)

    w ramach kontynuacji starej dobrej tradycji (o co Oficjalna tak się upomina) powinnam jescze w najbliższej przyszłości, w kolejności chronologicznej :
    1. rzucić chłopa (z hukiem)
    2. schuść w związku z tym 10 kilo (bezszelestnie)
    3. zmienić pracę (z hukiem)
    4. kupić mieszkanie (jeszcze większe)
    5. kupić samochód

    za przedpoprzednim razem po wykonaniu 3 pierwszych czynności zakres czynności obowiązkowych poszerzyłam o mieszkanie – więc tym razem ekstrasem niech będzie samochód. trzeba się rozwijać, czyż nie ?

    no, a od jutra Arłamów.
    niczym Wałęsa ci-ja !

    zuposiostra opowiada : jechaliśmy sobie ulicą xy, do teściów, i z nagle z ulicy vz wyjechal szewrolet, z podporządkowanej, rozumiecie, i nie zatrzymał się tylko wjechał nam w bok. i w ogóle się nie zatrzymał, tylko cofnął trochę i pojechał dalej. i nawet nie uciekał, jechał sobie spokojnie ulicą xy, jakby nigdy nic. no więc naszyczony zadzwonił po policję. zatrzymali go na ulicy yz, i wiecie co ? on miał DWA PROMILE alkoholu we krwi ! a samochód podobno dwa dni wcześniej kupił !
    naszyczonemu też kazali dmuchać w balonik, a to było przecież w ten dzień, co się zaręczyliśmy, i on pił tutaj z ojcem koniak, ale wyszło mu 0,0 promilla. na szczęście !
    ale widzicie, taki nam facet prezent zrobił : my się tu zaręczyliśmy, a on nam samochód rozwala !

    zupobrat odpowiada : tak, nieszczęścia lubią chodzić parami

    właściwie od godziny piętnastej z kawałkiem 26 grudnia 2004 myślałam tylko o jednym : A.
    A, która wraz ze swoim chłopakiem-niechłopakiem pojechała na trzy tyg do… Tajlandii.
    zastanawiam się, czy są w tych, którzy się uratowai, czy w tych… czterdziestu jeden… dzwoniłam – lecz telefon nie odpowiadał.

    a wczoraj A. odezwała się do mojego szefa.
    26-go o 11 rano wraz z T. leżeli na plaży na jakiejś wysepce. wokół plaża i palmy, palmy i plaża, zero zabudowań. gdy usłyszeli krzyk ludzi, mieli tylko tyle czasu, by się podnieść i zacząć uciekać. uciekać, choć nie było się gdzie schronić.
    woda dogoniła ich po kilku krokach i rzuciła na drzewa. A. próbowała się przytrzymać jakiejś palmy, ale – nie da rady żywiołowi. woda porwała ją dalej jeszcze, wokół pływały trupy, T. gdzieś się zgubił. gdy woda opadła, jakimś cudem go odnalazła. miał koszmanie rozharataną nogę – wykrwawi się, jeśli natychmiast nie otrzyma pomocy.
    nie wiem, jak ona to zrobiła, ale wyczaiła gdzieś w okolicy motorówkę, dopłynęła do niej wpław, wśród unoszących się trupów i przeróżnych śmieci, przypłynęła nią po niego i – wraz z innym ocalałym facetem, któremu jakimś cudem przetrwała komórka – dotarli do szpitala.
    T. był jedną z pierwszych operowanych osób.
    potem cudem umieścili go w samolocie lecącym do Wiednia, tylko dlatego, że jeden z przewidzianych do transportu Austriaków nie był jeszcze w stanie podróżować.
    dopiero w Wiedniu, kiedy już wiedziała, że wszystko będzie w porządku, że nic im, że nic JEMU już nie grozi, A. się kompletnie rozsypała.
    gdyby nie cud, szok adrenalinowy – a może zimna krew ? – A., T. zostałby gdzieś w Tajlandii, być może już by nie żył.

    nasza Warta kochana, wielki cudowny ubezpieczyciel, u którego się ubezpieczyli na ten wyjazd, potraktował ich jak wrzoda na dupie. luje niemyte. T., mimo, że połamany, zachowuje się jak rasowy prawnik, i już zapowiada wytoczenie im procesu. mam nadzieję, że uda się go odpowiednio nagłośnić. Warta spieprzy pod stół z podkulonym ogonem, a odszkodowanie, jakie dostaną – mam nadzieję – wielokrotnie przekroczy sumę ich ubezpieczenia.

    (a A., cholera cięszka, znowu wyszła na bohatera. niech ją diabli.)

    no

    4 komentarzy

    bo to świetna książka była, stwierdziła zupa po zmęczeniu wreszcie biblii miłośników życia, pana ałtora, którego porównywano do Marcela Prousta. to chyba, kurde, tylko jakiś nadgorliwy krytyk, który coś panu ałtorowi wisiał, mógł tak powiedzieć.
    bo to świetna książka była stwierdziła zupa zapamiętując z niej jedno jedyne zdanie : Bez końca mokną bramki do KROKIETA.

    z mięsem czy kapustą i grzybami ???

    (wiem, jestem żenująco upierdliwa, nic się nie zmieniło w nowym roku)


    • RSS