zupka blog

    Nas troje czyli zgnilizna moralna

    Wpisy z okresu: 2.2004

    o

    7 komentarzy

    big fish – lektura OBOWIĄZKOWA.

    udany wieczór zaczynamy wyprawą śmierdzącym – jak zwykle – ałtobusem w kierunku domostwa.
    następnie w domostwie wychodzimy z płaszcza butów i szalika, zostawiając je w miejscu, że tam powiem, wyjścia.
    następnie wtaczamy się do sypialni, wychodzimy z ubrań, zostawiamy je j.w.
    następnie rzucamy się na łoże,okręcamy kordłą, przy czym nie przeszkadza nam bynajmniej leżąca na tejże książka, która niniejszym wpija nam się nieco boleśnie w ramię.
    następnie wpadamy w letarg, z którego wyrywają nas – acz na krótko – dwa telefony.
    następnie wracamy prawowitego do domu, w związku z czym budzimy się.
    a akurat śniło nam się, że podrywał nas piękny około dwudziestoletni długowłosy mężczyzna.
    jest godzina 20h45.
    następnie spożywamy pożywną kolację złożoną z odgrzanej z poprzedniego wieczora ratatouille z ryżem, dopychamy ją świeżo przez prawowitego zakupionymi bułkami.
    następnie wtaczamy się pod prysznic.
    następnie nacieramy się konserwantami.
    następnie rzucamy się na łoże.
    następnie zasypiamy cięzko.
    jest godzina 22h30.

    kiedy to ostatnio, droga zupo, położyłaś się spać o 22h30 ???

    chrzanić narty.
    chrzanić paryżewo.
    grodzie kraka – witaj !

    czy zauważyliście, że sekcja rytmiczna w jesteś lekiem na całe zło jest prawie identyczna z tą z blood sugar sex magic ?

    z pewną taką nieśmiałością przymierzyłam spodnie, co do których byłam ŚWIĘCIE PRZEKONANA, że się nie zmieszczę.
    zmieściłam się.
    i nawet trochę luzu zostało.

    szczurowata twarz oraz bułka z majonezem w środku nocy rules.

    *

    15 komentarzy

    zupodroga do pracy trwa pięć Krych Prońko.
    a dokładniej pięć
    jak cię nazwać, jak cię opisać
    jakim słowem do ciebie się zwrócić
    czy list długi do ciebie wysłać
    co nie dojdzie i do mnie nie wróci…

    i tak dalej.

    dziś w nocy byłam na wakacjach, nie pytajcie gdzie – z wakacji pamiętam tylko końcowe pakowanie.

    wkurza mnie wycieranie sobie gęby Tomem Waitsem przez jakąś Norę Dżons czy inną Dajanę Kral. dla mnie to to samo, co Enrike „Kościelny” Iglesias śpiewający Springsteena. równy poziom zbadziewienia.

    jak to jest, że proces zupoodchudzania najpierwej widać na zupotwarzy ???
    i chodzi taki zagłodzony szczurak z grubymi udami.

    jak gdzieś nie pojadę teraz zaraz natychmiast w najbliższy łikęd, to trafi mię efektowny szlak.

    od wczesnej młodości prześladują mnie panowie z miasta na „U”. co jeden to lepszy kandydat na życiowego zupopartnera na forewer.

    a propos życiowych zupopartnerów na forewer : czasami żałuję, że takim byłam rozsądnym dzieckiem. i że Pierwszy Narzeczony (też z miasta na „U”, oczywiście) też taki rozsądny był nieprzyzwoicie.
    a przecież mogłabym być teraz rozwódką z dzieckiem, albo dwoma, i mieć spokój z rozmnażaniem.
    i spokój z zuporodzicami.

    no

    3 komentarzy

    dziś w nocy z koleżanką boginią oglądałyśmy statki.
    to znaczy, był to jakiś wyścig statków, a my go oglądałyśmy wygodnie usadowione na podniebnym orczyku.
    z tym, że orczyk przyczepiony był do ziemi.
    siedziałyśmy sobie wysoko wysoko, pod spodem przepływały statki (trzy), nad statkami, a pod nami, fruwały ptaki, powoli zaczynało się ściemniać, robiło się coraz niewygodniej.
    i tak już bardzo bardzo bardzo bardzo chciałam zejść, ale ds truła, żeby nie, że ona by jeszcze chciała posiedzieć, że tak fajnie, a mnie już się to badziewie w tyłek wrzynało, i już było ciemno, i nic nie było widać, i już chciałam zejść !!!
    w końcu miałam tego tak serdecznie dość, że zaczęłam się zsuwać z niby-orczyka, i linka, którą był przymocowany do plaży, zaczęła się zginać (bo to tak się z niego schodziło, że trzeba się było mocno wychylić, linka się zginała, i doginała się do ziemi), a ds usiłowała mnie od tego powstrzymać.

    i wtedy poczułam, że pęcherz uciska mię w mózg, i okrutna matka fizjologia przecięła jakże dobrze się zapowiadający konflikt blogów.

    łikęd w cieniu piątkowych schowanonotkowych wydarzeń.
    strasznie dużo przekleństw z mych bossskich ust w piątek padło, prawe ucho od niemal nieustających telefonicznych konferencji aż bolało.
    paradoksalnie pomogła wizyta, na myśl o której jeszcze kilka tygodni temu splunęłabym jadem.

    czuję się tak, jakby to była moja wina, jakby nie udało mi się uchronić przed niebiezpieczeństwem mojej małej córeczki.

    kopnięta zupa.

    żyję.
    choć nikt mi tego przekonywująco nie udowodnił :-)

    tak, ja czasami też usuwam notki


    • RSS