zupka blog

    Nas troje czyli zgnilizna moralna

    Wpisy z okresu: 8.2002

    spadam, mili państwo.
    mam w nosie.
    idę na łikęd, bo inaczej tu umrę.

    nie chce mi się nic robić.
    więc nic nie robię.
    i od tego nicnierobienia jestem taka zmęczona, że pewnie padnę na wyrko jak tylko dotrę do domu.

    idę, proszę szanownego państwa, ODPOCZYWAĆ po trudach nicnierobienia.

    czego i Wam życzę

    pozostająca w uniżeniu

    znacie piosenkę poszła Ola do przedszkola, zapomniała parasola ?
    jak znacie, to posłuchajcie mej najnowszej produkcji, na melodię tejże piosenki.
    jeśli nie znacie – przebój ten już w grudniu – na gwiazdkę !!! – pojawi się na płycie cd i na kasecie we wszystkich DOBRYCH sklepach muzycznych, hehehe

    maestro ! możemy zaczynać !

    przyszła tepsa do zupencji
    opowiadać o promocji
    a zupka gadać nie chciała
    i pana bardzo spławiała
    a zupka gadać nie chciała
    i pana bardzo spławiała

    pan uparty był straszliwie
    produkował się cierpliwie
    a zupka gadać nie chciała…x2

    a na koniec pan powiedział
    „no i jeszcze coś dla męża”
    wręczył info o sztywnym łączu
    gdy zupa myślała o odcietym jego prąciu
    x2

    „może pani zmieni zdanie”
    „nic takiego się nie stanie”
    tak zupa odpowiadała
    pana szyderstwem zabijała
    x2

    wreszcie poszedł pan w cholerę
    zupa weszła na internet
    no i sobie poczytała
    że raz jeszcze rację miała
    x2

    nóż w kieszeni mi się otworzył, scyzoryk przeleciał pod sufitem – tepsa, łi law ju !!!

    dialog, podobno, autentyczny :

    dzwoni telefon….:
    - halo? czy to pralnia???
    - sralnia, k…., nie pralnia!!! ministerstwo kultury k…sie j…ny!!!

    czytam sobie dziś na onecie teksty o homoseksualistach (uwaga, tu są w jednym słowie dwa linki !!!) (to pewnie w ramach self-pocieszania, że są tacy, którym jest gorzej w tym kraju :-))) i przypominają mi się moje homo-przygody poza granicami naszego kraju.

    jak kiedyś, dawno temu, kiedy z prawowitym na pierwszy zagramaniczny łikęd razem pojechaliśmy, kiedy to było jeszcze takie tam no, trzeba spróbować, jacy to wspaniali są Francuzi w łóżku :-)))), no więc do Amsterdamu pojechaliśmy na cztery dni.
    jakoś tak się dziwnie złożyło, że dwa, czy trzy z tych czterech dni, to był akurat zlot gejów i lesbijek w cudownym mieście, i Gay Parade kanałami Amsterdamu…
    a w przeddzień Parady – miliard imprez w centrum Amsterdamu.
    jak smutna jakaś byłam, bo się o coś z prawowitym pokłóciłam chyba, i podrygując przy jednej z muzycznych budek zbierałam uśmiechy i wezwania do wykonania uśmiechu od stojących obok dwóch gejów, wygolonych i ubranych w skóry i ćwieki, a prawowity zarabiał od nich groźne spojrzenia, i czuł się nieswojo.
    jak wszyscy najlepsi faceci w mieście (bo Holendrzy to tacy sobie są, przykro mi bardzo) lądowali potem w objęciach innych facetów.
    jak bajecznie przystrojone były przepływające kanałami barki, i ludzie na nich – pomysłowość, jakiej naprawdę można pozazdrościć.

    jak w Berlinie wylądowaliśmy – zupełnie nieświadomie, oczywiście – w knajpie gejowskiej, i jak świetnie się tam bawiliśmy

    jak w Paryżu, w zeszłym roku, po ewenemencie sponsorowanym przez mojego pracodawcę, zamiast na oficjalny bankiecik poszliśmy do knajpy, na kolację, i oczywiście…. wylądowaliśmy w knajpie gejowskiej, bo jakżeby inaczej :-))))
    oooooch, a ta noc, to w ogóle temat na całą wielką notkę. chyba właśnie mam na nią ochotę. na tą notkę, znaczy.

    bo to było tak.
    wracaliśmy ze Stade de France, i zaczęło padać. gdy dobiegliśmy do restauracji – wybieranej losowo, a wybór wymószony był niejako niesprzyjającymi warunkami pogodowymi – lało już zdrowo. nie zapomnę do śmierci chyba, jak prawowity powiedział : jak tak mocno leje, to zobaczysz, skończy, zanim zjemy. historia miała mu wypomnieć te słowa.
    w restauracji było przyjemnie (jakby ktoś szukał sympatycznej knajpy w Paryżewie, polecam – „L’Amazonial” prze Halles), obsługa stricte gejowska, towarzystwo wewnątrz mieszane, ogólnie – bardzo miło. jakieś panienki świętowały wieczór panieński koleżanki, więc zamówiły jej czipendejla, jacyś goście świętowali wieczór panieński kolegi, więc zamówili mu…. czipendejla :-)))) ze stolika obok usłyszeliśmy komentarz : widzisz, miałeś dużo szczęścia, my byliśmy milsi, zamówiliśmy ci czipendejlkę !!!, prawowity bardzo żałował, że pojawiliśmy się na miejscu już grubo PO występie tejże :-))))
    siedzieliśmy sobie, gawędziliśmy sobie, oglądaliśmy czipendejlów, wymienialiśmy uwagi nt. ewenementu sportowego, który właśnie obejrzeliśmy oraz Stade de France, który widziałam wtedy po raz pierwszy w życiu, a deszcz padał. zjedliśmy przystawki, a deszcz padał. zjedliśmy danie główne, a deszcz padał. zjedliśmy desery, a deszcz padał…
    w końcu prawowity poprosił kelnera, żeby zamówił nam taksówkę.
    w międzyczasie zupa zmęczona pobudką o szóstej rano, całym dniem spotkań, przeżyciami sportowymi i wieczornym winem, po prostu wzięła, i usnęła. tak, normalnie, po prostu, oparta czółkiem o dłoń, usnęła. a deszcz – no, padał !
    obudziła ją pyskówa.
    to prawowity pokłócił się z kelnerem.
    a deszcz padał.
    a taksówki nie było.
    zupcia półprzytomna ze zmęczenia i rozespania zaproponowała po kamikadzowsku słuchaj, oni chcą się nas już pozbyć i zamknąć knajpę, idziemy, może znajdziemy coś po drodze
    zupa była kamikadzką i naiwniarą.
    taksówka w Paryżewie !!!!
    hue hue hue ! no ratujcie mnie ludzie, no !!!!!
    ale prawowity, który najwyraźniej miał dość zagęszczającej się wokół naszego stolika atmosfery, przystał na tę ryzykowną propozycję.
    deszcz padał, zaznaczam.
    w momencie opuszczenia przyjaznego i ciepłego wnętrza knajpy, dostaliśmy każde z osobna po wiaderko deszczówy na łeb.
    kłusikiem przebiegliśmy w pod najbliższe arkady.
    deszcz padał.
    a zupa w kostiumiku, minispódniczka, obcasiki typu a złam se krowo nogę, torebeczka, makijażyk.
    a prawowity garniturek i krawacik.
    a kłusik po kocich łbach.
    deszcz padał.
    pod arkadami jeszcze razy kilka próbowaliśmy sie połączyć z taksówkarniami. bezskutecznie.
    deszcz padał.
    na kamienicy na przeciwko zobaczyliśmy neon Banana Cafe
    prawowity zapytał (to jedna z jego wypowiedzi, których nie zapomnę nigdy) : może napijesz się kawy ? na co ja odpowiedziałam (też nie zapomnę tego nigdy) : może kawy to nie, ale herbaty chętnie bym się napiła, zimno mi
    przebiegliśmy na druga stronę ulicy.
    pod knajpą okazało się, że wstęp jest płatny.
    deszcz – zaznaczam – padał.
    kilka minut gorączkowych prób połączenia się z tymi szanownymi TRZEMA istniejącymi w Paryżewie taksówkarniami, zakończonych – oczywiście – niepowodzeniem, i heroiczna decyzja : trudno, wchodzimy ! najwyżej doczekamy tu do pierwszego metra
    zaznaczam, była jakaś 1h30 w nocy, metro ruszało o 6h00.
    a deszcz padał.
    weszliśmy.
    na barach tańczyło trzech pięknie umięśnionych facetów odzianych ino w chusteczki w tygrysie wzorki i buty typu trapery. wokół barów – poprzyklejani do siebie mężczyźni. przy stolikach – powklejani w siebie mężczyźni. kilka przyklejonych do siebie kobiet. kilka przypadkowych par, jak my…
    zupa poczuła, że zmęczenie + wino + atmosfera zaczyna = dzika euforia.
    poczuła się tam, jak u siebie w domu.
    zaglądała najbliżej tańcującemu panu pod chusteczkę (krył się, cholernik !!!), i robić z prawowitym te, no… dziwne rzeczy ;-))) przyznaję, że taka, mhm, mokra :-))) atmosfera zadziwiająco działa na wyobraźnię….
    tylko prawowity się czuł nieswojo. ale tylko na początku, jeśli wiecie, co chcę powiedzieć :-))))

    w tymże przytulnym miejscu pozostaliśmy do godz. 5h45.
    bo deszcz… padał :-)))

    o 5h45 stwierdziliśmy, że już chyba tak strasznie nie leje, poza tym – jest to pora w sam raz, żeby dotrzeć do metra na 6h.
    oczywiście – po drodze złapaliśmy taksówkę.
    w pokoju dokończyliśmy to, czego jednak NIE ODWAŻYLIŚMY się zrobić w Banana Cafe i wreszcie położyliśmy się spać.
    deszcz już nie padał.

    w tym roku powróciliśmy do L’Amazoniala, ale już deszcz nie padał, i prawowity się z kelnerem nie pokłócił, i do Banana Cafe nie poszliśmy, i taksówkę w miarę łatwo znaleźliśmy… nuuuudy :-))))

    wstałam za późno, jak prawie zwykle, wyrzuty sumienia wobec szczynszyla kazały mi spędzić jeszcze więcej czasu, niż zwykle na ugłaskiwaniu zwierza i poddawaniu się dość bolesnej depilacji małego palca. one tak się pieszczą, podobno. nawet mnie nie wybzykał. z rana chyba nie bzyka, senny jest, w koncu w dzień mu się śpi najlepiej, fuksiarzowi.
    tragicznie zmyty kolor na włosach. jak dobrze, że wizyta u fryzjerki już w sobotę.
    fizjologia ściska dół brzucha w sposób dość bolesny, a panu aptekarzowi z naprzeciwka na jego uprzejme okienko nieczynne !!!! powiedziałam, żeby się pier…. ten, tegez, żeby poszedł się poseksić, oszczędźcie sobie wchodzenia do apteki przy rondzie de Gaulle’a, naprawdę chamówa.
    podzieliłąm się tym wspomnieniem z koleżanką z sąsiedniej firmy – okazało się, że u nich (znaczy się, w tej aptece) to norma. przy jednej z jej wizyt obsługująca ją pani aptekarka tak się przejęła historią kataru męża drugiej pani aptekarki, że – w odruchu dbałości o bliźniego swego, oczywiście – zapomniała o całym bożym świecie, i drugiej pani aptekarce wielu sprawdzonych metod i dobrych rad dostarczała, a koleżanka moja żmiała była jej przeszkodzić swoim chamowatym, no bo jakże by to inaczej nazwać można, więc swoim chamowatym czy ja pani czasem nie przeszkadzam ???. ale pani aptekarka miła była, jakiś dzień dobroci dla zwierząt, czy coś w tem guście miała, więc grzecznie jej odpowiedziała nieeee.
    zupełnie nie rozumiem, dlaczego teraz koleżanka chodzi do apteki na Chmielną.
    no więc w ramach tejże kobiecej fizjologii brzuch co i rusz przekonuje mnie o swoim istnieniu, a do TEJ apteki przecież nie pójdę, a nigdzie indziej iść mi się nie chce.
    a potem jeszcze zakupiłam sobie zwyczajowego rogalika maślanego w kawiarni Nescaffe na dole, tego, co to wiecie, jak im się powie rogalika maślanego na wynos poproszę to patrzą baranim wzrokiem, i trzeba tłumaczyć, że bo proszę pani krłasą to się tłumaczy rogalik i położyć akcent na krłasą bo pani oczywiście mówikroisant.
    a tym ichniejszym dzisiejszym rogalikiem maślanym można wbijać gwoździe w ścianę z żelbetonu, rozpatruję możliwość zrobienia dzikiej awantury.

    powinnam być dziś pod ochroną.

    1. spotykasz w tłumie swojego szefa, stojącego już od paru minut w kolejce do jednej z TRZECH (słownie : TRZECH) czynnych bramek i dzięki temu znajdującemu się o wiele bliżej
    2. bezstresowo dołączasz do niego
    3. za pomocą siły w łokciach eliminujesz innych nielegalnych uczestników ruchu
    4. po 25 minutach stania dopychasz się do bramki
    5. ochroniarze nawet cię nie obmacują (czujesz się upokorzona : czyżbym była tak mało kobieca, że nawet se poobmacywać nie chcą ?????)
    6. galopką uderzasz w kierunku na trybunę – dzięki kolejce zarwałaś kilka pierwszych minut meczu
    7. dzięki szefowaniu twojego chłopa bratu jednego z piłkarzy Legii masz nawet niezłe miejsca
    8. ….które odnajdujesz dzięki temuż bratu
    9. w miarę się podniecasz przez pierwsze 45 minut
    10. nie zapomnij zabrać książki na następne 45 minut !!!
    11. z braku książki zaskakujesz samą siebie kątem, w jakim jesteś w stanie rozewrzeć swe boskie usteczka
    12. z nadmiaru, hehehe, emocji fundujesz sobie drobną sytuację konfliktową z chłopem
    13. zadowolona z osiągniętego tym domowym sposobem poziomu adrenaliny dajesz się zaprosić na pizzę

    ale następnym razem lepiej nie zapominaj książki !!!

    zadzwonił do mnie wczoraj A.
    A.: cześć zupcia, wypróbowałem moją wyciągarkę

    tu należy zaznaczyc, że wyciągarka według A. to 200mb niebieściutkiego ślicznego sznurka o fi 5mm, przywiązanego do samochoda.

    z : taaak ? i co ?
    A.: a, nic. stwierdziłem, że muszę kupić inną linkę, bo ta jest za cienka
    z : tak ?
    A.: no… zerwała się
    z : coooo ????????
    A.: zerwała się. powtórzył A. beztroskim głosem
    z : na jakiej wysokości byłeś ?????
    A.: jakieś 80 metrów
    z (wydycha ciężko powietrze) : uffff…..
    A.: no, miałem jeszcze czas na reakcję
    z : brawo, A. kochany, brawo !!! jestem z Ciebie na prawdę baaardzo dumna !!!!
    A.: och, tej własnie otuchy i wyrażenia wiary w me siły potrzebowałem ! dzięki ci, zupcia !!

    zrelacjonowałam państwu mniej więcej przebieg rozmowy z A., jednym z największych znanych mi glajtowych hardkorowców.

    tak tak tak.
    to ten sam A., który złamał sobie łapę, bo sobie uprząż wyczyścił.
    i ten sam, którem na Jaworzynce poskładał się TYLKO OCIUPINKĘ glajcik, i który TYLKO OCIUPINKĘ zleciał z wysokości jakichś 8 metrów na pisk. znaczy – nie na pisk, ino na protektor.
    jednak dobra uprząż to podstawa…

    łi ol law ju, A. !!!!

    a jutro opowiem Państwu, jak pójść na mecz na stadion Legii i przeżyć. o ile BĘDĘ W STANIE opowiedzieć. a teraz ucałujcie zupcię, bo być może widzicie ją po raz ostatni w życiu. buuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu. będę za Wami tęsknić !!!!

    no więc, Szanowni Państwo, PRZEŻYŁAM.

    najpierw Pan zupę objaśnił w kwestii konstrukcji malucha.
    prosta jest. nawet jak na zupomożliwości umysłowe.

    potem Pan posadził zupę za sterownicą mjalucha.
    to już przerosło zupomożliwości umysłowe. a zwłaszcza zupomożliwości koordynacji ruchowej.
    jakoś tak się robiło, że jak Pan kazał zmienić biegi, to od razu mi się skręcało w prawo. ciekawe, dlaczegooo ????

    i tak pędziła zupa, rozwijając zawrotne prędkości w porywach do 25km/h, i komentując to z właściwym sobie spokojem : fiu fiu fiu, jakie ja predkości oszałamiające rozwijam ! aż mi się w głowie kreci ! zaraz mi ten pęd powietrza głowę urwie !!! oraz : aaaaaa!!!!! samochód, samochód !!!!

    i tak jechała zupa z zagryzioną wargą, wzrokiem szalonym, i nosem do szyby przyklejonym, i zastanawiała się, jakie to piętrowe konstrukcje przekleństw ci biedni, usiłujący ją bezkolizyjnie wyminąć, kierowcy zastosowali do jej przypadku…

    mieszkańców ul. Włodarzewskiej niniejszym informuję, że następną jazdę mam w piątek o godz. 8h05.
    sugeruję urlop na ten dzień i ograniczenie wychodzenia z domu.
    dziękuję za uwagę.

    zupa kierownikująca

    P.S. gwoli jasności : inni „uczestnicy ruchu” też przeżyli :-))) nooo, chyba, że zmarli na zawał po fakcie. ale to już nie do końca moja wina :-))))

    bo dzisiaj z rana
    na angielskim
    myśli mi uciekały za okno.
    na te liście, niby jeszcze zielone
    ale przecież już żółtawe.
    na to niebo
    takie błękitne i rozświetlone
    ale takim jesiennym błękitem i światłem.
    w to jasne powietrze
    takie już chłodne z rana
    i wieczora.

    i nawet taras powiedział mi dziś rano
    załóż spodnie, chłodno jeszcze

    za każdym razem, kiedy wracamy z prawowitym zza granicy, zastanawiamy się, czy nas przepuszczą, czy też zatrzymają z wielkim hukiem i oskarżą o przemyt, na skalę hurtową, alkoholu.

    no bo tak, podsumowując tylko ostatnie wojaże :
    z Włoch (początek maja) przywieźliśmy kilka butelek deserowego Vino Santo + ze dwa limoncello

    z Czech (początek czerwca) – trzy butelki któregoś z win „z piwnicy Alfonsa Muchy” + cztery butelki likieru jabłkowego

    z Sycylii (koniec czerwca) prawowity przywlókł takie różowe, sycylijskie, co już nie pamiętam

    z Paryżewa przywieźliśmy 2x po dwa szampany (wiecie, te takie prawdziwe) + Absolut Five

    z Grenoble nawieźliśmy tamtejszego różowego + złotą wódkę + Finlandię, chyba porzeczkową + Danską cytrynową

    z Barcelony : trzy razy Cava Codorniu, dwa razy jakaś inna Cava w ładnym pudełku i z kieliszkami(no i co z tego, że dla moich rodziców :-))), dwa jakieś różowe, jedno porto, jedna Danska grapefruitowa

    ze Szkocji prawowity teraz : jeden bailey’s, jeden łiskacz, jedno cośtam jeszcze, czego nie spróbowaliśmy.

    jak usłyszycie w najbliższych miesiącach, że udaremniono na Okęciu przemyt alkoholu na wielką skalę z Moskwy, to…. no, wiecie, prawowity coś brzdąka o łikędzie w Moskwie….

    czy mogę liczyć na paczki i wizyty ????
    :-))))


    • RSS