zupka blog

    Nas troje czyli zgnilizna moralna

    Wpisy z okresu: 4.2002

    nooo…. kichani moi mili.
    za czydzieści minut już mnie tu nie będzie.
    w związku z tym miłego łikędu życzę.
    jak się będzie dało (czyt. jak przeżyję), to będę tu zaglądać.
    a na razie broń w dłoń, i hajda na koń !!! :-)

    torba, plecak średni, laptop i plecaczek mały czekają.
    jak dobrze, że lecę bizneską…. nie zapłacę nadbagażu :-))))

    ETAP TRZECI

    po owocnym dzwonku budzika o godz. 6h45 wstajemy o 7h45.

    w miarę spokojnie dopychamy kolanem w „bagażu podręcznym” wszystko, co jest nam ABSOLUTNIE NIEZBĘDNE.
    w międzyczasie myjemy głowę, słuchamy prognozy pogody, klniemy na błędy gramatyczne w jinglach trójki.
    uświadamiamy sobie, że jest PIĄTEK, czyli dzień znienawidzony.
    gratulujemy sobie wcześniejszego wywozu szczynszyla do hotelu.
    zamawiamy taksówkę.
    objuczeni jak muł wychodzimy wyjściem garażowym (bo nie ma schodków do pokonania).
    dotelepujemy się do – stojącej oczywiście w przeciwnym końcu budynku – taksówki.
    w taksówce uświadamiamy sobie, że zapomnieliśmy papierów (np. takiej – zupełnie nieważnej – drobnostki, jak paszport.
    biegiem dostajemy się na czwarte piętro (winda oczywiście zablokowana na trzecim).
    wracamy już normalnie, windą.
    przeżywamy jeszcze drogą do biura, wizytę w banku, na poczcie, zgubienie kolczyka, którego odnajdujemy przy wysiadaniu (był całkiem wygodny), i przy pomocy pana portiera dostajemy się do biura.

    zasadniczo jesteśmy gotowi do zmierzenia się z piątkową rzeczywistością.

    a propos, czy ktoś wie, o której będzie przemarsz manifestacji na niu łorldzie ???? coby zupa – jak już się tak napoświęcała – mogła się przedostać na lotnisko !

    cd. ETAPU DRUGIEGO.

    przypominam, że zakończyliśmy na etapie oglądania filmu na tvnie i ubzdryngalania się czerwoną Fronterą.
    była godzina 00:52.

    o godzinie 1:00 stwierdzamy, że trochę nie mamy ochoty oglądać filmu o Murzynach chorych na syfilis, i idziemy się pakować.
    przypominamy sobie o prasowaniu.
    wracamy do kuchni i deski do prasowania.
    włączamy cd. filmu o Murzynach z syfilisem.
    po ok. 15 minutach t-shirty są poprasowane.
    wracamy do pakowania.

    ważny element : kuchnia z prasowaniem jest na parterze, sypialnia na piętrze. pomiędzy obydwoma są schody.

    przeglądamy najwyższą półkę garderoby przy sypialni w poszukiwaniu Wielkiego Plecaka.
    nie znajdujemy go.
    schodzimy na dół, do garderoby przy wyjściu.
    plecaka tam równiez nie znajdujemy.
    wracamy do sypialni.
    wchodzimy na stołeczek. tęsknimy z Obłym. znajdujemy plecak.
    wyciągamy plecak.
    pakujemy rzeczy do plecaka.
    stwierdzamy, że jest niewygodnie. pakować.
    jest 1h45.
    wyciągamy (cudem odnalezioną w garderobie przy sypialni) Dużą Torbę.
    spoglądamy na torbę i stwierdzamy ależ to wszystko się tu nie zmieści !, mimo wszystko pakujemy.
    mamy rację. nie mieści się.
    jest 2h00
    przepakowujemy wszystko z powrotem do plecaka.
    stwierdzamy ależ to wszystko mi się pogniecie !!!
    krótka piłka, rezygnujemy z kilku ABSOLUTNIE NIEZBĘDNYCH rzeczy typu buty na szpilce, dziesiąta para spodni, czy piętnasty czerwony t-shirt.
    jest 2h20
    przepakowujemy się do torby.
    polar na wierzchu upychamy kolanem.
    w międzyczasie zbiegamy jeszcze pięć razy do kuchni po szybkogojące plastry, zestaw maści mobilat i opaski elastyczne.
    jest 2h40
    przygotowujemy sobie kąpiel z kozim mlekiem (a co, Kleopatra mogła, to i zupa – w końcu niezaprzeczalnie piękniejsza od Kleopatry – może !!!)
    zasypiamy w wannie.
    budzi nas przebłysk inteligencji prowadzącego nocny program w trójce który aksamitnym głosem oznajmia, że nie zapuści jakiegoś kawałku, bo on jest tak energetyzujący, że się można na dziesięć dni zaspokoić.
    na głos proponujemy panu puszczanie kawałka chłopcom w seminariach i żołnierzom na służbie.
    wytelepujemy upiększone mlekiem kozim cztery litery z wanny.
    jest 3h00
    postanawiamy spakować jeszcze część kosmetyczną przedsięwzięcia.
    w tym celu wyciągamy mniejszy plecak typu „marszowy” i postanawiamy, że będzie on naszym „bagażem podręcznym”.
    przystajemy na chwilę porażeni myślą, że ten plecak ostatni raz służył na, gdy pojechaliśmy do Cisnej z pięknym.
    dochodzimy do siebie.
    pakujemy połowę plecaka ABSOLUTNIE NIEZBĘDNYMI RZECZAMI.
    zwalamy się na łóżko rażeni świadomością, że jest 3h30.
    nastawiamy budzik na 6h45.

    na tym kończy się ETAP DRUGI.

    ETAP PIERWSZY

    w przeddzien pakowania wlasciwego nalezy wybebeszyc szafe. najlepiej na lozko.
    najlepiej robic to w okolicach godziny drugiej w nocy, wtedy osiagamy najlepszy efekt.

    no wiec o drugiej w nocy wybebeszamy polowe szafy na lozko.
    nastepnie idziemy do szczynszylopokoju, sprawdzic, czy szczynszyl za bardzo nie ozdabia kanapy. spedzamy ze szczynszylem 30 – 45 minut.
    wracamy do pokoju z rozbebeszona szafa.
    zdajemy sobie sprawe z tego, ze na drugi dzien wstajemy o 6h30, bo szczynszyla nalezy odwiezc do hotelu, a potem jeszcze zdazyc do pracy.
    a trzeba przeciez jeszcze sie wykapac w odprezajacej kapieli i wydepilowac nogi jak u lani*.
    wchodzimy do wanny.
    spedzamy tam kolejne 30 minut.
    wychodzimy z wanny.
    depilujemy sie (w wersji dla mezczyzn – podcinamy wlosy w nosie).
    jest 3h30.
    zrzucamy sterte ciuchow na podloge.
    nalezy pamietac, zeby nie zrzucac ich na ta strone, z ktorej sie spi – niewygodnie jest wstawac.

    tak konczymy etap pierwszy.

    ETAP DRUGI

    jestesmy niewyspani.
    w zwiazku z tym, i coby aby za wczesnie nie polozyc sie spac, sciagamy sobie na wieczor panienke.
    do roli panienki doskonale nadaje się ktoto :-)
    zgodnie ze staropolski przyslowiem przez zoladek do serca wreczamy panience 1 noz, 1 deske do krojenia, 1 duzego pomidora, 1 paczke mozzarelli, 1 krzaczek bazylii, niech panienka zrobi cos do jedzenia.

    (a, zapomnialabym : wczesniej droga imejlowa zlecamy panience zakup salaty i pieczywa.)

    sami zajmujemy sie przygotowywaniem jakiegos konstruktywnego posilku.
    konstruktywny posilek sklada sie z, cytuje „loszosza i zemniakow”.

    kiedy ktoto zajmuje dlonie i paszcze :-)))) przygotowywaniem mozarelli z pomidorami, my obieramy ziemniaki.
    nastepnie wsadzamy ziemniaki do piekarnika celem przyieczenia ich, a w miedzyczasie konsumujemy mozarelle made by panienka.oczywiscie, panienka komunikuje nam, ze sie…. mhm…. objadla :-)
    i ona juz wie, co zupa miala na mysli :-))))
    spijamy panienke puszka piwa Red’s.
    potem szykujemy zemniaki z loszoszem i salatke.
    panienka oczywiscie w polowie loszosza i zemniakow stwierdza, ze „juz nie moze” i przenosi szanowne cztery litery na kanape.
    i tu – zasadniczo – coponiektorzy mogliby sie poczuc calkowicie usatysfakcjonowani : no bo panienka ekonomiczna pod kazdym wzgledem.

    ALE ALE !!!!
    przypomnijmy sobie PO CO MY TO WSZYSTKO TAK NAPRAWDE ROBIMY !!!

    panienke nalezy wytoczyc za drzwi, i najlepiej wypuscic wyjsciem garazowym, ktore znajduje sie na poziomie ziemi – tych kilku schodkow przy furtce moglaby nie pokonac.

    nastepnie wlaczamy telewizor.
    ogladamy film na jedynce (brak reklam).
    nastepnie wlaczamy Allo ! Allo ! we francuskiej wersji jezykowej, na Plusie. nastepnie udajemy sie do sypialni, w ktorej na podlodze w zgrabnej kupce pietrzy sie polowa szafy. dokonujemy polowicznej selekcji : co zabieramy, co zostawiamy.
    idziemy wyprasowac kilka ciuchow.
    nastepnie ogladamy Loft Story (czyli francuski BB), potem jeszcze Ally McBeal(tez po francusku).
    oczywiscie caly czas prasujemy zawziecie.
    no dobrze : myslimy o prasowaniu.

    potem ogladamy film na tvnie, popijajac go czerwona Frontera.

    cdn…

    *nogi jak u lani – no chyba wszyscy wiedza…:-)))

    nie lubię Ungera, ale ten tekst naprawdę mu się udał.
    najbardziej podoba mi się ostatni akapit :
    Pewien przegrany polityk powiedział na gorąco: „Francja sobie na coś takiego nie zasłużyła”. A właśnie, że zasłużyła. Francja wystąpiła pierwsza z krytyką pojawienia się Haidera, była i jest najostrzejszym krytykiem Berlusconiego, zawsze miała dobre rady dla innych. Tylko ze sobą poradzić sobie nie potrafi.

    to jest to !
    Francuzi zawsze są mądrzejsi od innych, wiedzą lepiej, no i w ogóle, a zwłaszcza w ogóle. jakoś nie są w stanie zdać sobie sprawy, że czasy ich mocarstwowości, autorytetu, a nawet wręcz dominacji kulturowej, skończyły się dawno temu, i nie zanosi się na to, że będzie lepiej.

    i mówię to ja, posiadaczka francuskiego narzeczonego, na którym od czasu zwycięstwa Le Pena wyżywam się niemiłosiernie :-))))

    cztery opaski elastyczne
    dwie tubki maści mobilat
    krem z filtrem 30
    sztyft na nosy, uszy i pod oczy – filtr 30
    polar
    płyn na okularki pływackie – taki przeciwmgielny

    chyba jednak pojadę

    a w ogóle to wsypałam się p. Rockiemu, że mam ich zalinkowanych u siebie, i musiałam podać adres :-)))
    obiecał, że zajrzy :-)

    to jeżeli by tu Państwo zaglądali, to ja oczywiście, będąc pod wrażeniem chwili, zapomniałam powiedzieć, żeby Państwo za parę dni wymienili Róziowi to jabłko, które on ma w tej chwili w klatce, na jakieś nowe – jemu jedno na tydzień wystarcza, on sobie je ogryza, kiedy ma ochotę.
    a, i jeszcze jakby Państwo gdzieś w polu skrzyp znaleźli, to też mogą mu go Państwo dorzucić :-)
    będę bardzo wdzięczna :-))))

    odwiozłam szczynszyla do hotelu.
    wysiadłam z taksówki : oooo, Róź do nas przyjechał !
    miło…:-)

    ale, qrczaki, przecież nie pierwszy raz go tam odwożę….
    i nie pierwszy raz, gdy dojeżdżałam do Łomnej Las miałam wrażenie, że ktoś mnie chwycił za splot słoneczny i mocno ścisnął.
    znowu mało się nie popłakałam.
    a najgorszy był chyba moment, w którym trzeba go było zostawić w jego boksie. szarak wciskał się w szyję, a ja miałam łzy w oczach.
    a przecież wiem, że zostawiam go w dobrych rękach, i że tyle razy już tam był, i że zawsze wracał cały i zdrowy, nawet jak go tam odwiozłam w zimie, i bałam się, że naprawdę mi się pochoruje.
    ale ciężko, holender, ciężko…

    i tak jadąc tam taksówką myślałąm sobie, że powinnam zrobić prawko, bo przecież bryka prawowitego stoi, i mogłabym sobie wsiąść po prostu, i pojechać, ale jak wracałam, ze łzami w oczach, to się cieszyłam, że ktoś prowadzi, i że nie mogę się tak bezwstydnie popłakać :-)

    a

    10 komentarzy

    a jak czytam takie teksty, jak ten, to, oprócz vqrviania się, zastanawiam się również, kto jest głupszy : bohaterowie artykułu, czy może głupia zupa harująca 10 godzin dziennie ????

    no to zupsko, jak to typowa kobieta, wzięło i zmieniło zdanie.
    zupsko postanowiło, że nigdzie nie jedzie.
    bo po ch. jechać, kiedy tam taka sama pogoda jak tu ?
    polatać tutaj też se mogę, wystarczy na Żar pojechać. jeszcze mi taniej wyjdzie. i bez „dodatkowych atrakcji” przewidzianych przez prawowitego.

    stan na 13h31 : nigdzie nie jadę.
    albo nie tak : jadę, ale NIE TAM.

    o.


    • RSS