michałki
pewnego pięknego dnia, gdy Kudłaty Potwornicki (tak, dorobił się chłopak absolutnie własnego nazwiska) wykańczał mi ostatnią paczkę zachomikowanych michałków, wysłałam siostrze smsa treści następującej : "do następnej paczki dorzuć mi michałki. DUŻO michałków."
w ramach prezentu urodzinowego dostałam od niej paczkę. DWA I PÓŁ KILO MICHAŁKÓW oraz kartkę "czy to jest DUŻO michałków ???"
fajna jednak ta moja siostra
pozostając w rodzinnych tematach.
wykonałam w internecie album zdjęciowy "Kudłaty Potwornicki 1 - 2 lata".
(uwaga, reklama : polecam www.tictacphoto.com, zdecydowanie polecam)
bo wiecie - robi człowiek tony cyfrowych zdjęć, wrzuca ich w komputer, i tyle widzieli. to ja postanowiłam COŚ z nimi zrobić.
zrobiłam album dla nas, oraz - znajcie moje dobre serce - dla matkimojej. album wyszedł zajefajny, zatem bez wstydu żadnego wysłałam rodzinie na gwiazdkę.
tuż po świętach otrzymałam telefon od matkirodzicielki
"dostaliśmy album, świetny jest, dziękuję bardzo ! ale dlaczego nie ma w nim zdjęć zdzichy i chomika* ??? są zdjęcia kuzynostwa ze strony Nowego, syna Siostry, a zdzichy i chomika nie ma !"
"no, widocznie nie bawili się z moim dzieckiem" - odparłam, i uznałam temat za zamknięty.
jak zwykle - do czasu.
w sylwestrową noc zadzwoniła albowiem siostra :
"a wiesz, że się dziś pokłóciłam z mamą o Twój album ? stwierdziła, że powinnaś się bardziej wysilić, i zrobić zdjęcia zdzisze i chomikowi jak tu byłaś, że nie powinnyśmy ich tak traktować, że moich zdjęć jest pełno, a ich żadnego itp., itd..."
trochę się zagotowałam byłam tak jakby. wysyłam matce zdjęcia MOJEGO dziecka, a jedyne, co ona widzi, to, że w albumie nie ma zdjęć potomstwa mojego brata ??? którego córka, w dodatku, bawiła się głównie w wyrywanie zabawek Kudłatemu, a pięciomiesięczny syn spędzał czas podpięty do dojarki ?
dobrota przeszła mi jak ręką odjął na lat parę.
no, chyba, że mam jak Pru i okaże się nagle, że pamięć mam rybki, i za rok popełnię ten sam błąd.
ale wtedy licze na Was, że stukniecie mnie odpowiednio mocno w tego wielkiego pryszcza, co go mam na końcu szyi. mać.
*gówniarstwo mojego brata.
zupka 2012-01-23 22:44:38
skomentuj (3)
poniedziałek
czasami od przybytku głowa boli.
zwłaszcza, jeśli jest to przybytek językowy, a posiadacz onego ma całe dwa lata oraz dwa miesiące.
gubi się wtedy, biedak, i plącze dokonując koniecznych wyborów.
czasami powoduje również dość, mhm... ciekawe sytuacje.
Kudłaty nauczył się otóż, że "pa-pa" to nasze polskie machnięcie na pożegnanie.
tak się składa, niestety, że w kraju, w którym przyszło mieszkać "papa" to "tata" - mina faceta na poczcie czulącego się do swojej wybranki, któremu Kudłacz na pożegnanie pomachał z efektem dźwiękowym - BEZCENNA.
"tata" natomiast po francusku - to "ciocia".
i bądź tu, dwulatku, mądry, i pisz wiersze.
albo mów, chociażby.
w związku z tym Kudłaty uprościł sobie życie : wszyscy są MAMA.
ja jestem mama, Nowy jest mama, sąsiadka (matka jego "narzeczonej") też jest mama.
no co - w końcu wszystkie dzieci nasze są, czyż nie ?
czasami trzeba tylko doprecyzować "chcesz, żebym cię ubrała ja, czy druga mama ?"
to buźka temu Państwu
zupka 2012-01-09 14:30:26
skomentuj (4)
migawki z życia
przechodzimy obecnie kolejny trudny okres
był okres przesłodzonych Barbapapy, Księgi Dżungli, Petit Ours'a, Aristocats i Robin Hooda.
teraz jest okres Króla Lwa. mam ochotę przegryzać tętnice oraz wypruwać jelita na dźwięk pierwszych nut pioseneczki o piiiii piiiii piiiii cyklu życia. czy jak tam to leci po polsku - bo my oczywiście zamęczamy wersję francuską.
jedynym paseczkiem chili w tym oceanie waty cukrowej, paseczkiem, na który czekam podświadomie za każdym razem , gdy po ekranie przechadza się ta miodowa miernota jest - chyba nikogo to nie zdziwi - piosenka Scar'a
miałam napisać, że jeśli to przetrwamy, to przetrwamy już wszystko, ale właściwie - chyba nie ma nic gorszego od - przetrwanego już przecież - Barbapapy. Barbapapą mogę Nowego straszyć, szantażować i prześladować :
"jak nie zrobisz kolacji, to puszczę odcinek o tym, jak Barbamama piekła ciasto na urodziny Barbapapy !"
zawsze działa.
Kudłaty przechodzi ostry kryzys dwulatka :
do picia soku zawsze potrzebuje dwóch słomek, a najlepiej jeszcze i łyżeczki, ogląda Króla Lwa z Petit Ours na zmianę i na czytaniu bajek w miejscowej bibliotece staje dziesięć centymetrów od pani czytającej, skutecznie blokując inne dzieci.
oprócz tego nie podaje ręki na ulicy i chowa się pod stół, jak chcę mu zmienić pieluchę, ale to już doprawdy pinat.
ach, no i jeszcze doskonale potrafi powiedzieć - w obu językach - "nie", natomiast "tak" wychodzi z niego tylko w wersji francuskiej i tylko w zetknięciu z bajką o pajacyku o imieniu Oui-Oui.
poza tym chciałam Wam powiedzieć, że to nie jest tak, że gdy macie ochotę dziecko udusić, wystarczy jeden jego uśmiech i wszystko Wam mija i czujecie się szczęśliwi i spełnieni.
bynajmniej.
wtedy po prostu macie ochotę go udusić z uśmiechem na ustach.
no dobrze, przyznam jednak, że z oczarowaniem kontempluję jego postępy.
gdy na przykład na spektaklu Guignoli pacynka się pyta "Kudłaty, a ty chcesz dać z liścia świętemu Mikołajowi, żeby sprawdzić, czy żyje ?" Kudłaty przecząco kręci głową (tak, wplatali w przedstawienie imiona obecnych na sali dzieci)
albo gdy krzyczy "o nie !!!" kiedy gwiazdka spada z nieba w Pocoyo
albo gdy naśladuje mnie przy porannym kremowaniu
albo Nowego, gdy ten robi swoje "eeee"
no dobrze, nawet gdy się chowa pod stół, kiedy ewidentnie CZUĆ, że trzeba mu zmienić pieluchę.
na Grouponie wykupiłam sobie - zaszczelcie mnie, nie wiem, dlaczego - zniżkę na manikiur. wykorzystałam ją w ostatnim momencie - ważna była do 4 stycznia, manikjur umówiłam sobie na piątek, 30 grudnia. na miejscu będąwszy zaszalałam, zażyczyłam sobie - za dodatkową opłatą - lakier "permanentny", ten wiecie, utwardzany lampami, co ma niby trzymać 2 tygodnie.
wczoraj - we wtorek, 3 stycznia - straciłam go na dwóch pierwszych paznokciach, dziś na trzecim.
moje miasto chwali się żłobkiem "pole petite enfance Simone de Beauvoir".
następnym krokiem powinno być Muzeum Opozycji im. Marszałka Petain.
poza tym postanowiliśmy sobie, że się PACSniemy.
ale to już temat na oddzielną notkę.
DŁUGĄ.
zupka 2012-01-04 15:14:08
skomentuj (5)
starać się, Polacy !
w poniedziałek bodajże, miejscowa telewizja (oraz inne media) doniosły, że oto pewien tatuś wsadził swojego trzyletniego synka do pralki. żeby go ukarać, bo był niegrzeczny w przedszkolu.
po czym wziął, i tę pralkę WŁĄCZYŁ.
co za niefart - dziecko nie przeżyło.
(a tatuś - oraz mamusia, bo ponoć była na miejscu - zapewne bardzo był zdziwiony)
no więc tak, we Francji mamy już :
masowe składowanie noworodków w zamrażarkach
ubijanie wielodzietnej rodziny rewolwerem i zakopywanie w ogródku
pranie trzylatków.
a my, Polacy, co ? ino w beczki dzieciaki potrafimy wsadzać ?
no proszę Was, postarajcie się, Rodacy ! nie bądźmy gorsi !!!
zupka 2011-12-01 15:47:32
skomentuj (4)
migawki
trochę próbujemy Kudłatego uczyć mówić. ja tak raczej bez przekonania - ma dziecko dwa języki do opanowania, co go będę stresować. jeszcze się nastresuje w życiu. grunt, że rozumie, jak mu każę klocki pozbierać, i nie trzeba go na karnego jeżyka, czy raczej między karne rzeźby wysyłać.
no ale. uczymy Kudłatego mówić. Nowy się przykłada. pokazuje książeczki z obrazkami, i inne takie. na tapecie książeczka "petit ours et les chiffres", albo po naszemu "miś i cyferki", w której to cyferka bodajże 5 zilustrowana jest ciastkami. Kudłaty na widok ciastek oznajmia radośnie : "mniam mniam !"
Nowy rzuca się na okazję : "oui, gateaux* ! powtórz ga-teaux"
Kudłaty, złote dziecko, powtarza po tatusiu : "mniam - mniam !"
poza tym chciałam ostatnio na basen pójść. godziny otwarcia se sprawdziłam, bo wiecie, we Francji to nie ma to tamto. że tak sobie pójdziecie i se popływacie. czy że se pójdziecie i obiad zjecie o 15.00 powiedzmy.
nie, we Francji restauracje są otwarte od 12 do 14.00 (zamówienia przyjmują do 13.30) i potem od bodajże 19 do 22. i jak zgłodniałaś, zupo, akurat o 16, to se, kurde, DO MAKDONALDA zapitalaj ! a nie !
wracając do basenu. znalazłam. w miarę sensowny, niedaleko od L (bo basenów w L. to jak na lekarstwo), godziny otwarcia... 12-14 i potem 17 - 21 !
to ja się zapytuję : ŻE GDZIE ja się po wysiłku pożywię , he ??? Jak kuchnia zamknieta ???
zupka 2011-11-28 15:51:18
skomentuj (4)
o tym, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło
niecałe dwa tygodnie po tym, jak się Wam poskarżyłam byłam, że odwołalim wyjazd w ciepłe kraje, z nienacka rozbolał mnie brzuszek.
tak po obiedzie mnie rozbolał. oczywiście pierwszą reakcją było : przeżarłam się. no boże, no, zdarza się najlepszym.
poszłam na masaż wodny(że wiecie, rozmasuje, jakby co), na zakupy i rodzinny spacer z karuzelą.
kolacji skosztowałam.
tylko ten brzuszek tak wiecie. trochę... napierdzielał.
nie spałam całą noc.
w niedzielę posłałam Nowego po prochy przeciwbólowe. i z Kudłatym na spacer.
zażyłam, jakby trochę ulżyło. przestały działać koło 3 w nocy. zanim wzięłam kolejną dawkę prochów, postanowiłam, że umówię się do lekarza.
w poniedziałek z rana zadzwoniłam do tegoż. tuż po tym, jak stara dawka przeciwbólowych przestała działać, a nowa jeszcze nie zaczęła.
dobrze zrobiłam, bo jak nowa działać zaczęła, to stwierdziłam, że mi przechodzi, i właściwie to powinnam odwołać tego lekarza, bo nic mi nie jest, i to tylko strata czasu i kasy. po namyśle na wszelki wypadek nie odwołałam.
Nowy wrócił do domu wcześniej, coby Kudłacza przejąć, jak ja się będę do pana dochtora telepać, i się poturlałam.
cała trasa na piechotę zajmuje 7 minut. muszę Wam wyznać, że to było najdłuższe 7 minut mojego życia. i najboleśniejsze.
potem wszystko odbyło się dużo szybciej : o 17.40 byłam u lekarza, o 18.30 robili mi prześwietlenie w pobliskim szpitalu, o 19.15 obmacał mię chirurg o 20.00 zostałam oficjalnie przyjęta na chirurgię.
między 20 a 21 Nowy szykował mi szpitalną torbę, a ja usiłowałam nie udusić studenta pielęgniarstwa, który drżącą dłonią dziurawił mi przedramiona w celu wkłucia wenflona(cztery próby, zero rezultatu). a wystraszony Kudłaty leżał na memłonie.
a we wtorek - tadam - wycięli mi robaczywego wyrostka.
(ponoć bardzo robaczywy już był, jeszcze chwila, i byłoby bardzo nieprzyjemnie.)
wypuścili w naturę we czwartek, wizyta kontrolna 25 listopada.
innymi słowy - i tak byśmy nie pojechali na te wakacje. widocznie Mauritius w tym roku nie był nam pisany.
i tak to.
w międzyczasie Kudłatemu stuknęły dwa lata
oraz rok mieszkania na obczyźnie.
i nagle zapragnęłam wrócić do Warszawy, prostszego życia i mojej łazienki.
ale już mi przeszło.
(no dobrze, z łazienką ciągle nie. tęsknię za nią niezmiernie)
zupka 2011-11-07 14:41:15
skomentuj (9)
szósta dzielnica
Nowy machnął wczoraj półmaraton. praktycznie bez żadnego przygotowania. trochę jestem pełna podziwu.
inna sprawa, że potem do końca dnia był nie do życia, niemniej jednak. dał radę.
przez długi okres czasu na placach zabaw nie odzywałam się właściwie do nikogo.
z wielu powodów.
bo nie miałam potrzeby.
bo nie miałam tematu.
bo nie miałam ochoty wyjaśniać, skąd pochodzę.
bo nie miałam ochoty gadać z tutejszymi assistantes maternelles (swoją drogą, im bardziej obserwuję ich działalność, tym bardziej się przekonuję, że Kudłaty pod "opiekę" takowej się nigdy nie dostanie).
itp, itd.
ostatnio jednak jakoś się przełamuję.
i tak, na ten przykład, zapoznałam (koffam sformułowanie "zapoznać kogoś, no koffam !) stuprocentową francuską burżujską mamuśkę : w piaskownicy w białych spodniach i w butach na obcasie, w odwodzie meksykańska niańka (przed Lyonem cztery lata mieszkali w Meksyku).
za jej pośrednictwem zapoznałam inne lyońskie burżujskie mamuśki. wszystkie w super formie, z super ciuchami i obowiązkowym białym porcelanowym zegarkiem na lewym przegubie. ja nie wiem. chyba w końcu będę musiała sobie kupić ten biały porcelanowy zegarek, bo czuję się WYKLUCZONA (rozumiecie, dawniej była rywalizacja ciuchowa w fabrykie, teraz na placu zabaw. perspektywa się tego, zmieniła).
burżujskie mamuśki nadają dzieciom również odpowiednie imiona.
Hannah i Hector (laska chyba w H idzie, bo to rodzeństwo). Lancelot. Wergiliusz. i moje ulubione - Capucine. nie wiem, jak Pańśtwu, ale mnie to się kojarzy z kapucynką. małpką taką.
szczekłam, to tera muszę odszczec : niestety, nie polecimy na Mauritiusa. i akurat nie z powodu moich podatków (och, gdybym ja zarabiała tyle, że zwrot nadpłaconego podatku pozwalałby na wyjazd na Mauritiusa... echhh). mam zatem doła i nie odzywam się do nikogo.
i tak to, o.
zupka 2011-10-03 14:49:47
skomentuj (10)
stuknijta mnie, ludzie
ja się naprawdę nigdy niczego nie nauczę.
tyle razy sobie mówiłam "jak WSZYSCY mówią, że książka jest świetna, to jej nie czytaj pod żadnym pozorem. a przynajmniej nie kupuj, kasy nie wydawaj !"
no dobrze, byłam o tyle mądra, że poczekałam, aż wyjdzie w formacie kieszonkowym, i zamiast zabulić dwadzieścia parę eur, wydałam coś koło 7, ale doprawdy - to 7 z kawałkiem, to było o 8 za dużo.
o czym mowa ?
"Le mec de la tombe d'a cote" Katarina Mazetti. wbrew nazwisku - laska jest Szwedką. to też mnie zmyliło. miałam nadzieję, że zimny klimat wymrozi kicz z literatury. a poza tym - ja całkiem lubię niektóre kicze. w końcu pierwszy Larssen mi się podobał, nie ? no. to se takie nadzieje robiłam. a potem zaczęłam czytać.
historia jest taka.
laska, bibliotekarka i intelygętka, traci w wypadku męża, również inteligęta, ornitologa, ekologa i ogólnie bio-szurniętego. na rowerze się wziął chłopaczyna i zabił. od tamtej pory ona dzień w dzień chodzi na jego grób, i wysila się, żeby płakać - bo tak naprawdę, to jest na niego bardziej wściekła, niż cokolwiek innego.
facet, prosty rolnik, rzucił szkołę w wieku 17 lat, kiedy umarł mu ojciec i musiał się zająć gospodarstwem. od tamtej pory pracuje na roli, ma 24 mleczne krowy plus cielęta, matka też mu zmarła, odwiedza grób rodziców, kiedy tylko może.
no i sobie oto wyobraźcie historię : ona intelygętka i on prosty rolnik. się spotykają na tym smętarzu.
no i oczywiście, najpierw się nienawidzą od pierwszego wejrzenia. po czym następuje oczywiście przełom, kwiprokwo i co tam chcecie, i - oczywiście - się w sobie "zakochują".
no ale przecież nie może być tak prosto. ona jest uduchowiona intelygętka, a on przyziemny rolnik, nie zapominajcie. ona go zabiera do opery - on zasypia. ona w domu ma minimalistyczne biele i beże, on bazar, plakaty i krzyżykowe wyszywanki mamusi na ścianach. ona się ubiera w ekologiczne bawełny, on w dresy ze straganu. itd. itp.
no ale oczywiście - się zakochują.
i tutaj - gejzer i dzika namiętność.
jak ekolog w łóżku był mierny - tak dzięki rolnikowi lata po lamperiach. jak delikatny ekolog był pięknym elementem dekoracji mieszkania, tak muskularny rolnik wprawia jej jajniki w dziki taniec opętaniec samym tylko spojrzeniem.
i cała książka w ten deseń. stereotyp na stereotypie stereotypem pogania.
i ja to wszystko przeczytałam.
na szczęście długie nie było.
ale boli mnie na samo wspomnienie.
zupka 2011-09-18 23:06:08
skomentuj (11)
11 września
11 września 2001, mniej więcej o tej właśnie porze, siedziałam z ex-prawowitym przy kolacji, oglądając niusy.
nie powiem, żebym była wtedy amerykańskimi wydarzeniami jakoś specjalnie wstrząśnięta.
w moim własnym życiu działo się wtedy wystarczająco dużo.
widzicie... tego właśnie 11 września 2001 przy tych niusach i sałacie z krewetkami oznajmiałam mu, że uległam jego namowom, i że zamienię moje - wtedy jeszcze w budowie - dwa pokoje, 49 m2, na - również w budowie - ponad dwa razy więcej + taras.
parę dni później oglądaliśmy plany i mieszkania.
doskonale pamiętam, jak weszliśmy do nr 95 i nie spodobał nam się za bardzo salon. potem weszliśmy do 96 - tam salon było ok, ale nie było miejsca na zrobienie garderób, no i - taras wychodził na ulicę, ogrodzenie było szklane i między barierką a ścianą była zbyt duża przerwa. doskonale pamiętam, jak powiedział wtedy "nie, tamto mieszkanie jest lepsze, tutaj, popatrz, nasze dziecko mogłoby wypaść na ulicę".
wzięłam 95.
dziesięć lat później nie mam już tamtego mieszkania na dwóch poziomach w moim ulubionym miejscu Warszawy.
nie mam również exa, ani tym bardziej dziecka z nim.
mam Nowego, który zamiast gadać wziął się do roboty ;) oraz regularnie rozkładającego mnie na łopatki, całkiem realnego i bynajmniej nie potencjalnego, Kudłatego, wielbiciela psów, kotów, ptaków, koni, baniek mydlanych, morza, kałuż, basenów, samolotów i jogurtów.
a w ramach życiowo ważnych decyzji na dzień dzisiejszy postanowiliśmy - zamiast jechać w górki - połazić po Croix Rousse (wiecie, burzę z gradobiciem zapowiadali), a na kolację zjeść pizzę.
i pewnie jestem banalna, ale powiem Wam, że jest mi z tym wyjątkowo dobrze.
zupka 2011-09-11 20:28:38
skomentuj (7)
urzędy urzędy
dziś urząd skarbowy.
jak ta ostatnia idiotka zapragnęłam być uczciwa.
czytajcie, Drogie Dzieci, i uczcie się.
lekcja nr 1
temat : uczciwość w kontaktach z US nie popłaca.
wyjeżdżając z Pl postanowiłam wynająć moje mieszkanie.
postanowiłam również - głupota nr 1 - zadeklarować wynajem tegoż w US. tak wiecie, na wszelki wypadek, ŻEBY NIE MIEĆ PROBLEMÓW, jakby co.
głupota nr 2 : nieprzebaczelna naiwność.
jeszcze ta głupota nr 1 by nie była taka straszna, gdyby nie to, że postanowiłam zadeklarować wynajem od dnia wynajęcia. czyli od 7 listopada 2010. to była głupota nr 3.
głupotą nr 4 było wysłanie do urzędu NIPa 3 czy którego tam ze zmianą moich danych. że oto zadeklarowałam, że od tegoż 7 listopada jestem dumną mieszkanką miasta Lją w państwie Frąs.
zadowolona z siebie słałam przelewy podatku od wynajmu mieszkania, miesiąc w miesiąc, PITy 28 oraz 28a, i dumna byłam ze swej obywatelskiej postawy jak ta lala.
potem przyszedł czas złożenia PITa od dochodu.
no dobrze. Pani Matka zrobili, co trzeba, PITa wyliczyli, zwrot z tytułu samotnej opieki nad dzieckiem wyliczyli również, papiór wysłali. zajęłam się oczekiwaniem. na zwrot.
a ten - nie nadchodził i nie nadchodził.
w końcu zebrałam się w sobie, i zadzwoniłam.
miła (!) pani poinformowała mnie, że to dlatego, że wpisałam adres polski, a na koniec roku zadeklarowałam zamieszkiwanie we Francji, a w formularzu trzeba wpisać adres na koniec roku.
zadzwoniłam do Pani Matki. sporządziła korektę. wysłała.
zajęłam się oczekiwaniem. na zwrot.
który nie nadchodził.
w końcu zadzwoniłam, jakoś w zeszłym tygodniu.
miły (!) pan poinformował mnie, że tak, otrzymali korektę, wszystko jest ok, mają trzy (!!!) miesiące na zwrot (normalnie miesiąc), daje mój zwrot pani naczelnik do podpisu.
normalnie prawie się ucieszyłam.
oraz zajęłam oczekiwaniem. na zwrot, no przecież.
i wreszcie dziś - DZIŚ ! - otrzymałam !!!
WEZWANIE Z US do złożenia dokumentów oraz wyjaśnień na piśmie.
certyfikatu rezydencji podatkowej za 2010 (Polska ???) przetłumaczonego przez tłumacza przysięgłego, zaświadczenie o całkowitych dochodach za 2010 (wydane przez właściwy organ, oczywiście), informacji, czy wychowując samotnie dziecko jestem panną wdową rozwódką separatką, oraz czy moje dziecko otrzymywało zasiłek pielęgnacyjny lub też inne hocopałki oraz czy czasem nie uczy się w szkole wyższej.
i to wszystko - w terminie 7 dni od otrzymania niniejszego pisma.
a jeśli nie dostarczę, to nie mam prawa do rozliczenia z dzieckiem.
normalnie stara i głupia. 12 lat płacę podatki i jeszcze się nie nauczyłam, że US trzeba obsługiwać od tyłu, bo jak z nimi próbujesz po dobroci, to oni cię od tyłu obsłużą.
stara i głupia.
stara i głupia.
po namyśle : i przy okazji niedouczona ignorantka.
zupka 2011-09-06 14:00:27
skomentuj (9)

