zupka blog

    Nas troje czyli zgnilizna moralna

    roquefort, bagietka, sauvignon blanc i boston legal.

    jak za dawnych czasow.

    taki wieczor

    generalnie do poniedzialku, 2 listopada 2015, godzina 8:00 powinnam biwakowac na mordorze. Takie posranieckie poczucie humoru. Az sama nie wiem, co o tym myslec, ani tez co z tym zrobic. Bedzie smiesznie. Albo nie.

    herma, tak.

    Poszłam na uniwersytet w poprzedni poniedziałek, wydrukować sobie brakujące wykłady.
    Było pięknie : słonecznie i mroźno, zupełnie tak, jak lubię. Tylko śniegu brakowało.
    I wtedy przyszło mi na myśl, że… (uwaga, będą brzydkie słowa) otóż, że – jestem szczęśliwa.
    Tak po prostu. Szczęśliwa.

    (a teraz siedzę, i czekam, aż mi przejdzie)

    a Kudłaty… to naprawdę jest najfajniejszym chłopakiem na świecie.
    święty Mikołaj przyniósł mu prezent i zostawił na stole w salonie.
    Kudłacz obudził się o 7 z kawałkiem, obudził ojca (mamie się nie przeszkadza).
    spodziewałam się, że otworzy go od razu, nie czekając, albo od razu będzie chciał obudzić i mnie.
    ale gdy się dowiedział, że to od polskiego mikołaja, postanowił – że trzeba poczekać na mamę.
    i dociągnął tak do 8.30 !
    podziwiam go, w wieku 5 lat został moim mistrzem.
    ja bym tak nie potrafiła.

    im bardziej się starzeję, tym mniej mi do szczęścia potrzeba
    wsiąść do samolotu byle jakiego
    z dużą ilością książek
    i nawet bez wina
    albo wyjść w śnieżycę na spacer
    patrzeć na wściekłych kierowców zakopanych w zaspach
    albo być w samochodzie zakopanym w zaspie
    pójść na rynek świąteczny w Wiedniu
    przemrozić sobie tyłek na wyciągu
    zimy. zimy chcę.
    a do niej  jednak wina. grzanego.
    zimy i wina !

    Taka mała, maluteńka, mikroskopijna różnica między Fr a Pl :

    gdy idę ulicą z wrzeszczącym / wyjącym / wściekającym się Kudłatym
    - w Pl : napotykam tylko potępiające spojrzenia i komentarze idealnych matek Polek / ojców Polaków / ciotek Polek / wujków Polaków / babć Polek / dziadków Polaków.
    - we Fr : pełne zrozumienia spojrzenia i komentarze „dzieciaki potrafią dać popalić”.

    No ale tutaj ludzie mają po 3 – 4 – 5 – 6 dzieci, się nie znają, prawda.

    i tak

    1 komentarz

    Dopiero w Marakeszu zdałam sobie sprawę z tego, że zupełnie zapomniałam, że kiedyś lubiłam tak spędzać wakacje – leniwie, zajmując się tylko wypoczynkiem i lekturą.
    To były naprawdę świetne wakacje.

    Jutro wracam na uniwerek. Tymczasem majl przyniósł dwie ciekawe oferty pracy z Paryżewa.
    Nie mam ochoty jechać do Paryża. Mam ochotę skończyć te studia. Potrzebuję pracować i zarabiać pieniądze.
    Huśtawka.

    Kolejne urodziny.
    W ramach prezentu mój mężuś kochany (cukier cukier, dużo cukru) sprowadził mi na nie ktoto.
    Jak ta nastolatka popłakałam się przy przywitaniu i pożegnaniu.

    Na nowy rok pojechaliśmy do Marakeszu. Było świetnie, słońce, dwadzieścia parę stopni w dzień, kryty basen, leniwy wypoczynkowy pobyt. No dobrze, w nocy było zimno jak ciężka cholera, a ja oczywiście na noworoczną noc przewidziałam leciuchną sukienczynę, ale nicto. Się przeżyło.
    Do Marakeszu jako takiego pojechaliśmy raz, nie zachwycił. Trudno sobie wyobrazić, że swego czasu kolonizowali pół Europy, i  że Sewilla wiele swoich cudów właśnie Maurom zawdzięcza. Doprawdy, już lepiej jechać do Sewilli.
    Ale za to impreza była fajna, Kudłacz świetnie się bawił, i nawet nie obudził nas na drugi dzień o godzinie typu 7:20, jak to ma w zwyczaju. W ogóle jakoś zaskakująco dobrze tam spał, szkoda, że mu przeszło.

    Poza tym dwa ostatnie egzaminy w tym tygodniu, ostatni lekko abstrakcyjny – wyobrażacie sobie ? pół godzinny egzamin o 8:00, to podpada pod znęcanie się nad bezbronnymi studentami. 50 pytań, z czego na mniej więcej połowę odpowiedziałam stosując zasadę „ene-due-rike-fake”. Pierwszy egzamin w tej sesji, co do wyniku którego mam poważne wątpliwości. (No dobrze, jeszcze historia konstytucyjna jest wątpliwa)
    No nic, zobaczymy.

    Od poniedziałku startujemy od nowa z tym koksem. Jeszcze tylko 4 i pół roku, prawda.

    Świąteczne wątpliwości mode on. Wyspana jestem, to zdecydowanie źle wpływa na musk, zdecydowanie.
    Do 19 jeszcze się trzymałam, kułam jak dzika, zdawałam egzaminy, nie miałam czasu myśleć, za to miałam wory pod oczyma na pięć kilo ziemniaków każdy, a teraz.
    Jestem wyspana i rozmyślam.
    Że co z tego, że się jaram tymi studiami, jak głupia. Że sprawia mi niezdrową przyjemność czytanie różnych prawniczych pierdół. I siedzenie nad nimi po nocy.
    Co z tego.
    Za nieco ponad dwa tygodnie będę obchodzić kolejne urodziny, z tych takich za bardzo okrągłych, co się ma ochotę zapomnieć albo przynajmniej zamienić cyferki miejscami.
    To nie czas na bawienie się w studentkę z osiemnastolatkami.
    To czas na pracę, na zarabianie pieniędzy na utrzymanie swoje i swojej rodziny.
    Na budowanie kariery.
    Świąteczne rozmyślania takie. Bez sensu.

    Działo się to dawno dawno temu…
    Po powrocie z podróży poślubnej udaliśmy się świętować związek nasz w ojczyźnie. Mojej ojczyźnie w sensie.
    Oprócz różnych takich przydatków typu najbliższa, ponoć, rodzina, pojawił się na imprezie członek również rodziny prawdziwej, znaczy – Ktoto.
    I siedziałyśmy sobie któregoś pięknego dnia, i opowiadałam przeżycia z Mauritiusa, a szczególnie historię ptaków dodo, która to wstrząsnęła mną do głębi, i nawet sobie za bardzo nie żartuję.
    Bo widzicie, dodo w początkach swojej historii były ptakami wędrownymi. Wędrowały sobie po świecie, były szczupłe i piękne, aż któregoś pięknego dnia odkryły Mauritiusa.
    Mauritius był dla nich idealnym miejscem do życia, bo gleba była żyzna, wulkaniczna, a one odżywiały się ziarnami i owocami, drapieżników nie było żadnych, rasy ludzkiej też nie, to osiadły tam sobie te ptaszyska, i mnożyć się poczęły.
    Najpierw na Mauritius dotarli Arabowie. Pobyli sobie chwilę i pojechali, bo co tam robić mieli.
    Potem przyjechali Portugalczycy. Pooglądali dodo, nazwali je „głuptasami”, bo się ludzi nie bały, i też pojechali.
    Ale potem, niestety, nadjechali Holendrzy.
    Zobaczyli piękną zieloną wyspę, we wszelkie dobra opływającą, i zostali na dłużej. A razem z nimi – ich psy, koty no i szczury.
    Zwierzyna holenderska zajęła się niszczeniem dodzich gniazd i wyjadaniem jajek, a dodo zajęli się sami Holendrzy… Biedne głupiutkie dodziaki. Ostatnie dwa Holendrzy zeżarli bodajże w 1662 roku. A potem wzięli, i wyjechali, bo co mieli tam więcej robić.
    I zadumałam się nad słowami memi, i łzę z oka nad smutnym dodo losem utoczoną obtarłam, gdy – przytomna jak zwykle – Ktoto zauważyła : „No widzisz, a my się zastanawiałyśmy, dlaczego nas tak wiecznie po świecie nosi. Bo boimy się, że jak gdzieś osiądziemy, to nas Holendrzy zeżrą !

     

    dodo


    • RSS